Wewnętrzny uśmiech

„Wewnętrzny uśmiech” to praktyka promowana przez mistrza taoizmu Mantak’a Chia. Dla mnie jest wyjątkowa, bo fantastycznie łączy aspekt skupienia, spoczywania w doświadczeniu i przyjemnych odczuć. Zazwyczaj, praktyki medytacyjne opierają się z początku o intensywne skupienie, dopiero później, stopniowo rozwija się różne somatyczne i emocjonalne stany czy jakości, takie jak miłość, błogość, współczucie, oddanie czy radość.

Praktyka wewnętrznego uśmiech rozpoczyna się od skierowania uwagi na oczy i twarz oraz wzbudzenia wrażenia – uwaga, zaskoczenie – wewnętrznego uśmiechu 🙂 Doświadczenie to rodzi jednocześnie poczucie ciepła, radości, serdeczności, a potem również fizycznego ciepła. Kiedy doświadczenie na twarzy jest stabilne, „rozlewamy” je na pozostałe obszary ciała – najpierw w dół ciała, do podbrzusza, a potem tyłem ciała, wzdłuż kręgosłupa, do czubka głowy i czoła – związane to jest z taoistyczną praktyką „orbity mikrokosmicznej”.

Wspaniałość tej praktyki polega na tym, że od samego początku skupiamy się na przyjemnych wrażeniach radości, błogości i ciepła, stopniowo rozszerzając je. Zatem w przeciwieństwie do klasycznej praktyki śamathy, ważniejszy jest tu aspekt spoczywania i przyjemnych doznań, natomiast skupienie jest drugorzędne. Z mojej perspektywy, pozwala to szybciej rozwinąć praktykę, ominąć często pojawiające się przeszkody w postaci fiksacji na skupieniu i przejść do spoczywania w głębszych stanach i praktyki wglądu.

Ciekawe jest to, że wrażenie otwartości, radości i łagodnej akceptacji, szybko staje się tłem, na którym naturalnie zaczynają wyłaniać się różne trudne emocje i stany, „karmiczne sprawy”, które rozpuszczają się w tej radosnej przestrzeni. W przypadku śamathy, na ten efekt trzeba czekać bardzo długo, a przy zablokowaniu się w praktyce, może on nie nadejść. Wrażenie wewnętrznej radości również szybko rozprzestrzenia się na zewnątrz i przekłada na nasz radosny stosunek do innych ludzi i świata.

Spotkałem się z tą praktyką kilka lat temu, gdy intensywnie praktykowałem skupienie i wgląd oraz Jogę Śnienia czego rezultatem było właśnie częste rozlewanie się ciepła i błogości i w całym doświadczeniu. Kiedy natrafiłem na opis tej praktyki i z ciekawości zacząłem ją wykonywać, zobaczyłem że efekt jest ten sam stan – a nawet pojawia się on szybciej. Prowadziłem to ćwiczenie kilkukrotnie na warsztatach i spotkaniach medytacyjnych i osoby które je wykonywały, potwierdzały moje spostrzeżenia.

Opis praktyki można znaleźć np. tutaj:
http://instytutarete.pl/pomedytuj/medytacje/543-sekret-wewnetrznego-usmiechu-kompletny-przewodnik.html?start=2

Reklamy

Recytowanie duchowych banałów

Na zachodzie z dumą rozmyślamy o „medytacji”, wierząc że naturalizujemy i operacjonalizujemy rozmyte pojęcia, używane wcześniej niepecyzyjnie, a więc „nieprawdziwie”, w religijnym lub filozoficznym kontekście. Niestety, na co wskazuje wielu teoretyków i badaczy, próby określania i poklasyfikowania wyizolowanych i niezależnych czynników, odnoszących się do tak względnie skomplikowanych zjawisk, grozi nadmiernym uproszczeniem, spłaszczeniem opisu, a więc zagubienia ważnych niuansów. Rezultatem, jest sprowadzanie złożonego spektrum zjawisk do kilku głównych określeń, takich jak „uważność”, „umysł”, „świadomość”.

Podczas gdy naukowy i filozoficzny dyskurs radzi sobie nieźle, tak w nurcie popularnym sytuacja prezentuje się słabo . Wynika to między innymi z przekładania odmiennych kulturowo pojęć i opisów w inne ramy językowe, wpadaniem dyskursu w koleiny New Age’owy memplex oraz przelewaniem się duchowych treści w przestrzeni internetowej, przez co stają się frazesami. Myślenie i dyskusje stają się odtwarzaniem memów, a pierwotnie mądre treści, poprzez nieustanne papugowanie, zaczynają być recytowane, jak dźwięki wydawane przez pluszowe zwierzaki po naciskaniu guziczka. Język dominuje poznanie i działanie, zamiast być jego naturalną ekspresją, a rozmowy stają się schematyczne i przewidywalne. Wytwarza się osobowość osoby uduchowionej, w której algorytmy myślenia chronią „ego”, dają poczucie wyjątkowości i chronią przed dysonansem.

Do zmiany potrzebna jest z jednej strony nowa kultura myślenia i działania, w której język wyłania z płynności poznania, umysł i świadomość zostają zapchnięte z piedestału niezmiennego absolutu na rzecz ruchu, plastyczności przestrzeni umysłu, dynamiki doświadczania i doświadczenia cielesnego, a z drugiej strony budowanie nowego, pełniejszego słownika.

 

Dlaczego większość osób wykonuje testy rzeczywistości niepoprawnie? [świadome śnienie]

Test rzeczywistości (RC/TR/RT) jest techniką na LD bodajże najbardziej popularną, a jednocześnie uznawaną jako najważniejszą, podstawową, przynajmniej w treningu typu DILD, a niekoniecznie już typu WILD. Technika ta ma w założeniu polegać na wyrobieniu za dnia nawyku wykonywania jakiejś czynności, która możliwa jest do wykonania we śnie, ale nie na jawie i przeniesieniu go do snu. Przykładowo, próbujemy wielokrotnie za dnia wciągnąć powietrze przez zatkany nos. W ten sposób tworzymy nawyk, który potem przyniesie się do snu i pomoże nam rozpoznać, że śnimy.

Większość osób trenująca w ten sposób nie uzyskuje efektów. Uważają często wtedy, że widocznie za mało się starają i rozwiązaniem będzie zwiększenie determinacji. Wykonują więc więcej testów, np 20 albo 50 dziennie. Jedynym rezultatem jest frustracja – co nie jest niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę wewnętrzny przymus i ciągłe zmuszanie się do praktyki, podczas gdy podstawowym czynnikiem skuteczności jakiegokolwiek treningu LD jest pewien luz, lekkość i radosne podejście. Inni uzyskują efekty, tłumacząc sobie i innym, że to dzięki wyrobieniu nawyku. To nieprawda, po prostu nie są oni świadomi, że mechanizm jest inny. Co ciekawe, praktycznie wszystkie osoby które mają solidne doświadczenie w wywoływaniu świadomych snów dzięki RT wskazuje, że uzyskuje świadomość, że śnią zanim zdążą wykonać test.

Na czym polega więc skuteczność tej techniki?

Celem testu rzeczywistości nie jest wyrobienie nawyku behawioralnego – tego typu procedury działania, nie przenoszą się do snu. To, na czym opiera się skuteczność techniki RT to wywoływanie stanu czujności i wrażliwości na to gdzie jesteśmy i jak doświadczamy świata oraz poczucia zdziwienia/zwątpienia. Kiedy poprawnie wykonujemy RT, zadając sobie pytanie „czy to jest sen”, nasza uwaga przełącza się z pochłonięcia w strumień myśli na stopienie się ze stanem czujności. Towarzyszy temu zwiększona świadomość wrażeń cielesnych i doświadczenia zmysłowego/percepcyjnego – podobnie jak w praktyce mindfulness czy różnego rodzaju medytacjach. Warto jednak wspomnieć, że ten mechanizm nie polega na ciągłej świadomości doświadczenia zmysłowego i cielesnego (tak jak np tłumaczy się to w technice ADA – All Day Awareness). Gdyby tak było, to zaawansowani medytujący mieliby spontaniczne, codzienne świadome sny, co się nie wydarza lub wydarza się jedynie u zaawansowanych lub u tych którzy łączą praktykę medytacyjną np. z technikami Jogi Snu i Jogi Śnienia (gdzie swoją drogą istnieją techniki analogiczne do RT).

Mechanizm RT opiera się na połączaniu dwóch elementów: (1) zwiększonego stanu czujności połączonego z poczuciem zdziwienia oraz (2) intencji przeniesienia tego stanu do snu. Zatem w momencie gdy zadaję sobie pytanie „czy to sen”, wchodzą w stan podwyższonej świadomości – czujności – ale nie świadomości treści doświadczenia, ale stanu czujności jako takiej (metaświadomości). Można to porównać do stanu umysłu osoby będącej na polowaniu – jest ona czujna, zmysłowo oczekuje na pojawienie się czegoś, ale jest to stan czujności jako takiej, a nie świadomości czegoś, jako treści doświadczenia. Stan ten, z racji założenia o tym, że możemy być we śnie, łączy jest w wrażeniem zwątpienia czy raczej też – zdziwienia. Celem tego nie jest jednak zdziwienie w stosunku do tego CO widzimy, słyszymy i czujemy, ale JAK. Zatem, skupiamy się na sprawdzeniu, czy sposób w jaki doświadczamy świata, jest normalny i właściwy. Prowadzi to zwiększonego poczucia świadomości w czasie i przestrzeni: Gdzie jestem? Co robię? Co się dzieje? Czy to jak doświadczam świata jest normalne? Dlatego też, nie potrzeba wykonywać żadnych czynności, np wciągać powietrza itp., a nawet gdy to robimy, celem tego powinno być wzmacnianie poczucie czujności i zdziwienia. Innymi słowy – czynność sprawdzenia czy śnimy, jeśli już następuje, jest naturalną konsekwencją poczucia zwątpienia, a nie, jak zwykle ma to miejsce, wykonywana mechanicznie.

Odnosząc to do nawyków, nie staramy się stworzyć nawyku wykonywania pewnych czynności, ale nawyk podwyższania stanu czujności / meta-świadomości. Jak ktoś ma ochotę szukania w tu źródeł neurobiologicznych, to może o tym myśleć jako o stymulacji aktywacji niektórych obszarów przedczołowych, których aktywacja zostanie podtrzymana (bądź pojawi się, zostanie wzbudzona) we śnie (klik i klik). Rzeczywistość „testujemy” zatem nie za pomocą zachowania (jak próba wdychania powietrza przez nos) a za pomocą sprawdzenia sposobu naszego poznania poprzez świadomość własnej percepcji, która wynika z realnego zaciekawienia i zdziwienia tym, w jakim stanie świadomości jesteśmy.

Kiedy sprawdziliśmy już, że to jawa a nie sen, przechodzimy do drugiego elementu techniki – powtarzamy sobie frazę w stylu. „ok, teraz nie śnię, ale gdy będę śnił, to rozpoznam że to sen”. Jednak, znów, nie polega na bezmyślnym powtarzaniu tej frazy (jak robi wiele osób), ale na rzeczywistym wzbudzeniu, intencji, że ten stan czujności i zdziwienia pojawi się znów, w tym we śnie. Dlatego, nie musimy nawet wyrażać tego życzenia werbalnie, ważne jest żeby to „poczuć” w ciele i emocjach. Tego rodzaju intencja przypomina sytuację, w której przypominamy sobie nagle w sklepie, że mieliśmy kupić bułki. Przypomnienie to jest nagłe, na zasadzie „aha!” – nie myślimy o tym cały czas – wcześniej umieściliśmy sobie taką intencję gdzieś „z tyłu głowy”. W psychologii ten rodzaj motywacji nazywa się implementacją intencji. Opiera się ona o pewien szczególny rodzaj pamięci nazywany pamięcią prospektywną.

Regularne powtarzanie „testów”, prowadzi do zwiększenia pewnego bazowego poziomu wrażliwości i czujności czy orientacji w miejscu i czasie połączanej ze zwątpieniem. Jednak znów, nie polega to na ciągłym skupieniu na zmysłach jak twierdzą niektórzy, a na względnie częstym, delikatnym odczuciu zwątpienia – trochę tak jakbyśmy weszli do miejsca, które jest podejrzane – towarzyszy nam wtedy delikatna wątpliwość i czujność.

Kiedy nauczymy się wzbudzać tę czujność i zwątpienie/zdziwienie naturalnie zacznie ona pojawiać się we śnie. Jest jednak jeden warunek – cały trening musi być przyjemny, musi być nagrodą samą w sobie. Stan który wzbudzamy, powinien cechować się wrażeniem refleksji, ekscytacji, radosnego wysiłku i zadowolenia. Dzięki temu praktyka sama w sobie sprawia nam radość, a nie opiera się na ciągłym przymusie i powinności, a rezultat pojawia się naturalne. Dzięki temu pojawia się pozytywna spirala adaptacyjna – radosny trening daje efekty, efekty dają radosny trening. Ciekawie o tego rodzaju motywacji pisał Adam Bytof.
Kiedy utrzymujemy tego typu trening, wrażenie czujności i intencja zachowania go podczas snu, naturalnie pojawia się podczas zasypiania – oczywiście możemy specjalnie ją wzbudzać. Co tutaj istotne, kluczem nie jest znów klepanie fraz, bezmyślne ich powtarzanie, ale kreowanie intencji, którą czuć w ciele.

Podsumowując – test rzeczywistości jest skuteczny, tylko trzeba wykonywać go poprawnie. Niestety, większość poradników i książek opisuje tę technikę w sposób nietrafiony. Procedura jest natomiast taka:
1. Pytanie – czy to sen, choć można się obejść bez tego pytania werbalnie, chodzi o samo poczucie, wątpliwość.
2. Które prowadzi do stanu zwiątpienia, zdziwienia, refleksji (nie myślowej, a poznawczej) nad tym czy to jak doświadczamy świata (ale nie czego doświadczamy) jest „normalne”, co wiąże się ze stanem wzmożonej czujności (jak na polowaniu), skupieniu na poczuciu tego gdzie jestem, co się dzieję, co robię i jak doświadczam.
3. Kiedy wiemy już, że doświadczamy normalnie (a jeśli to sen to po prostu już to wiemy bez wykonywania dodatkowych czynności „sprawdzających”) to implementujemy intencję w stylu „będę utrzymywał ten stan czujności i wielokrotnie wzbudzał poczucie zdziwienia, w tym we śnie”.

Na koniec, jeszcze jeden tip który odkryłem – wzbudzanie poczucia zdziwienia/czujność w czasie i miejscu i przestrzeni wspomaga wykonanie grymasu zdziwienia.

Medytacja a fale mózgowe – „stan alfa” i „stan theta”?

52aee2c210fb44668d6fef2c71a0b54d

Kursy i książki obiecują nam spokój i szczęście poprzez osiąganie „stanu alfa” czy „stanu theta”. Badania neuropsychologiczne pokazują związki praktyk medytacyjnych z aktywnością bioelektryczną, jednak są one bardziej złożone. Po pierwsze, różne badania dają niespójne wyniki, co wynika z ograniczeń metodologicznych i technologicznych oraz wieloetapowości praktyki medytacji – nie jest ona jednym stanem. Aktywność mózgu nieustannie się zmienia, choć w stanach medytacyjnych rzeczywiście może ulegać stabilizacji. Po drugie, różne obszary mózgu iskrzą w różnym rytmie (częstotliwości i amplitudzie), nie na jednego uogólnionego stanu „alfa” czy „theta”. Zwykle po zamknięciu oczu, u zdrowych, niemedytujących osób, pojawiają się fala alfa w płatach potylicznych (obszary związane z percepcją wzrokową).  Jednak mimo złożoności zjawiska, na obecnym etapie badań, można wyciągnąć pewne spójne wnioski.

W wielu eksperymentach, u osób medytujących obserwowany jest wzrost aktywności fal alfa, głównie w obszarach potylicznych (również przy otwartych oczach), co związane jest z osłabieniem reaktywności uwagowej ma bodźce wzrokowe. Bardziej interesujący jest natomiast sposób zmiany wzorca tych fal. Zwykle, bodźce zewnętrzne, takie jak byłsk świetlny czy dźwiek, blokują na chwilę stan alfa, co związane jest ze spostrzeżeniem bodźca- uwaga zostaje „przerzucona” na obiekt. Jednocześnie, efekt ten zanika w sytuacji wielokrotnego powtarzania bodźca – percepcja przyzwyczaja sie do powtarzającego się np. dźwięku lodówki czy tykania zegara – nazywa się to „habituacją alfa”. U usób medytujących obserwowane są dwa zjawiska: (1) ciągłe utrzymanie habituacji, to znaczy stan alfa nie jest przerywany nawet za pierwszym razem gdy pojawia się bodziec, występujące u osób skupionych na obiekcie bez rozproszenia oraz (2) brak habituacji alfa czyli blokowanie fal alfa, przy każdym pojawieniu się bodźca, nawet powtarzanego wielokrotnie- doświadczenie percepcyjne jest wciąż „świeże”.

Niektóre badania wskazują też na aktywność fal theta, szczególnie w obszarach czołowych (związanych ze skupieniem i procesami uwagowymi) jednak najpewniej, pojawia się ona głównie podczas stabilnej praktyki skupienia i na początkowych etapach praktyki wglądu. Stan ten wiąże się ze spadkiem niepokoju i odczuwaniem wyciszenia i błogości.

Kilka pojedynczych badań, dotyczących szczególnie zaawansowanych medytujących (przepraktykowanych dziesiątki tysięcy godzin), wskazuje na wzrost aktywności fal gamma (najszybszych, 30-90 Hz) co wiąże się z subiektywnym doświadczeniem wglądu w „naturę umysłu”, nazywaną w badaniach naukowych nonreferential compassion (praktyka współczucia bez punktu odniesienia).

Opracowane na podstawie: Stanisław Radoń, Czy medytacja naprawdę działa?, 2017

 

Praktyka wspomagająca Jogę Snu

ROZPUSZCZANIE

Wykonywanie tej krótkiej praktyki ukaże, jak powinna wyglądać koncentracja w czasie praktyki. Rozpoczyna się ona od światła i tego, kto światło postrzega, ale jej celem jest zjednoczenie tych dwóch rzeczy. W pełni się rozluźnij. Zamknij oczy i rozpocznij od dokładnego wyobrażenia sobie niebieskiego tigle o delikatnym białym odcieniu, wielkości odcisku kciuka w ośrodku serca. Powoli rozszerzaj to światło i rozpraszaj je. Dobrze jest widzieć światło tigle, ale ważniejsze jest, by je poczuć. Niech promieniuje z twojego serca na zewnątrz i rozpuszcza wszystko, czego dotknie. Rozpuść pokój, w którym się znajdujesz, cały dom, miasto, kraj. Rozpuść po kolei całą Ziemię, Układ Słoneczny, wszechświat. Każdy punkt dotknięty przez umysł, każde miejsce, osoba, rzecz, myśl, wyobrażenie i uczucie rozpływa się w przestrzeni. Rozpływają się światy pożądania, foremny i bezforemny. Kiedy wszystko, co zewnętrzne, rozpływa się w świetle, wówczas niech ono wpłynie do ciebie. Niech rozpuści twoje ciało, zamieni je w niebieskie światło i wtopi w niebieskie światło wokół ciebie. Następnie rozpuść swój umysł, każdą myśl, każde zjawisko mentalne. Rozpuść wszystkie życiowe problemy. Stop się ze światłem. Stań się światłem. Teraz nie ma już wnętrza i tego, co na zewnątrz, nie ma ciebie i nie ma nie-ciebie. Nie czujesz już namacalnego świata ani jaźni. Istnieje tylko świetlistość w przestrzeni serca, przenikająca teraz wszystko. Doświadczenie wciąż się pojawia, spraw jednak, by spontanicznie rozpłynęło się w niebieskim świetle. Niech to się wydarza bez żadnego wysiłku z twojej strony. Istnieje tylko światło. Potem powoli rozpuść w przestrzeni nawet to światło. W tym stanie powinieneś spoczywać w czasie snu.

Tenzin Wangyal, Tybetańska joga snu i śnienia, REBIS, 2005

 

Ruch i bezruch

Niewytrenowany umysł jest nieustannie rozpraszany- uwaga bezwiednie przykleja się do wyłaniających się bodźców i wrażeń. Dlatego potrzebujemy koncentracji. Skupiamy się na wybranym obiekcie wizerunku, doznaniu, części ciała. Powracamy, gdy za każdym razem przechwytywana uwaga ześlizguje się. Wydłużają się okresy stabilnej, niezakłóconej koncentracji.

Celem nie jest jednak koncentracja, a spoczywanie, jednak miejsce w którym spoczniemy, wyłania się dzięki niej.  Doznajemy przestrzeni, bezruchu, ciszy, niezależnej od zjawisk- dźwięków, myśli i doznań. Utrzymujemy poczucie otwartości, bez potrzeby dalszego skupienia na czymś. Utrzymywanie uwagi na obiekcie zmienia się w utrzymywanie uwagi jako takiej. Początkowo doświadczana przestrzeń jest pozbawiona ruchu. Myśli i wrażenia, przejawiają się, ale poza nią. Przestrzeń i ruch są doświadczane jako rozdzielne, nie jesteśmy być ich świadomym jednocześnie. Zatem celem skupienia jest oddzielenie aspektu bezruchu od aspektu ruchu umysłu.

Odnajdując spokój, stopniowo rozluźniamy się, opadamy, aż stanie się naturalny i utrzymanie go będzie pozbawione wysiłku. Przestrzeń poszerza się i doświadczana jest jako istniejąca niezależnie od nas. Ona JEST, nawet gdy nie zwracamy na nią uwagi.

Teraz możemy przyzwalać na przejawianie się ruchu. Otwieramy bramy percepcji i zapraszamy myśli, doznania, wrażenia i bodźce do swobodnego przepływu. Doznając przestrzeni, obserwujemy jak w danym momencie pojawia się, trwa i znika myśl. BINGO! Doznanie przestrzenności, bezruchu oraz przejawień, ruchu stapiają się. Przestajemy kontrolować doświadczenie- niczego nie zmieniamy, nie blokujemy, nie tworzymy. Nie możemy się rozproszyć, bo nie ma już niczego co mogłoby nas rozproszyć i niczego co mogłoby być rozproszone. Wyłania się odczucie klarowności, swobodnie poruszającej się i pulsującej.

Skupiaj się aż wyłoni się spokój, niezmienna przestrzeń. Utrzymuj stan spokoju sam w sobie, aż stanie sie głęboki i stabilny. Obserwuj swoje myśli bez rozproszenia, aż wrażenie ruchu i brzuchu stanie się jednym. Spoczywaj i niczego nie zmieniaj.

 

Medytacja – złudna pigułka szczęścia

Różne potoczne nurty medytacyjne, te tradycyjne jak i świeckie często ideologizują duchową ścieżkę. Często mówi się, że, jedyną przyczyną braku spełnienia czy też psychologicznego cierpienia była ignorancja.  I jeśli rozwieje się ignorancję, czyli rozpozna „prawdziwą naturę umysłu”, to osiągnie się jedyne prawdziwe i trwałe szczęście. I tak jak nie wątpię w istnienie wglądu w  naturę umysłu, wręcz przeciwnie, tak trudno mi pogodzić się z wizją trwałego szczęścia. Na poczucie szczęścia i dobrostanu składa się bardzo wiele elementów i twierdzenie, że wszystko co trzeba to utrzymać wgląd jest bardzo naiwne. Owszem, owo rozpoznanie jest wartościowe. Pozwala ono rzeczywiście osiągnąć dość stabilne poczucie spełnienia. Ale tylko w sytuacji w której pozostałe obszary naszego życia są względnie (!) satysfakcjonujące. To znaczy, jeżeli mamy satysfakcoinującą pracę, hobby i przede wszystkim kontakty społeczne. Wtedy owszem, możemy trwać długimi okresami czasu w medytacyjnym FLOW, zanurzeni w przestrzeni życia i jest fantastycznie.

Jeśli natomiast nasze życie jest niesatysfakcjonujące, to najczęściej w ogóle nie mamy motywacji do regularnej praktyki, a nawet jeśli ją wykonujemy, to nie pojawia się naturalna spirala pozytywnych wzmocnień między pozytywnymi doświadczeniami życiowymi i praktyką i jej rezultatami. Ilekroć wiodłem niesatysfakcjonująde życie, zawsze moja praktyka była próbą stania na nogach kulawego człowieka i walką między frustracją a wyidealizowaną obietnicą spełniania. Taka sytuacja opiera się na błędnym kole. Człowiek w dołku psychicznym czy przygnębieniu życiowym ma dość tej sytuacji dlatego lgnie do wizji permanentnego szczęścia i zmusza się do praktyki. Sama ona, z powodu niewłaściwej motywacji, opartej na przymusie i poczuciu powinności często jest mało owocna, przez co męcząca. Jej rezultat jednocześnie nie odpowiadają wizji idealnej przez co jedynie rośnie frustracja i nadmierna, niewłaściwa samokontrola i poczucie przymusu. Jednocześnie, brak odpowiednich pozytywnych doświadczeń życiowych prowadzi do braku wzmocnienia motywacji. Z racji wiary w permanentne szczęście, wszystkie sytuacji braku powodzenia interpretowane są nie jako brak satysfakcjonującego życia, a w inny sposób, np „za mało praktykuję, muszę więcej”.

Istnieje jednak światełko w tunelu. Często ludzie trafiają na duchową ścieżkę z powodu cierpienia. I gdy zaczynają praktykować, dostają dodatkowej motywacji i świeżego spojrzenia na własne życie i pomaga im to wprowadzić zmiany w innych sferach. To staje się znów, wzmocnieniem do dalszej praktyki i pozytywna spirala prowadzi do przemiany osobowości. I jest to interpretowane błędnie jako przykład idei „wystarczy tylko praktykować a będzie samo szczęście”. Jest to wybiórcza interpretacja pewnych skorelowanych działań bez znajomości całego procesu.

Niestety, innym z kolei nie udaje sie przebić przez pewien próg i wejść na spiralę zmian. Po początkowym haju medytacyjnym pojawia się codzienna rutyna. Życie nadal jest tak samo bezbarwne i przykre. Pojawia się dysonans pomiędzy obiecaną wizją szczęścia a własnym dośwadczeniem. Skoro praktykuję regularnie i mam dobre efekty, to dlaczego moje życie się nie zmienia? Pojawia się negacja odczuć i dalsze brnięcie w ideologię. Czasami wręcz stagnacja we wprowadzeniu życiowych zmian. Autentycznie znam przypadki ludzi, którzy nie chcieli zajmować się zmianą swojej sytuacji, np w związku, bo przecież „wystarczy być w naturalnym stanie i wszystko samo się ułoży w doskonały sposób”. Taki styl życia staje się męczącym przywdziewaniem maski, próbą narzucenia sobie dobrostanu, do którego rozwoju nie ma warunków.

Zrozumcie mnie dobrze. Praktyka duchowa jest cenna i wartościowa i po latach zaczynamy widzieć, że jest to coś czemu warto się poświęcić. Jest źródłem transcendentalnych jakości, które nadają życiu głębszy sens. Natomiast nowy sposób doświadczania świata który kształtujemy, nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem to innego sposobu przeżywania życia, które, jeśli całość ma nabrać tego głębszego sensu, musi znaleść odpowiednie ujście- w wartościowym i pełnym satysfakcji sposobie życia z innymi ludźmi i sobą. Niestety, ideologia magicznej pigułki bywa szkodliwa.

Previous Older Entries