Medytacja – złudna pigułka szczęścia

Różne potoczne nurty medytacyjne, te tradycyjne jak i świeckie często ideologizują duchową ścieżkę. Często mówi się, że, jedyną przyczyną braku spełnienia czy też psychologicznego cierpienia była ignorancja.  I jeśli rozwieje się ignorancję, czyli rozpozna „prawdziwą naturę umysłu”, to osiągnie się jedyne prawdziwe i trwałe szczęście. I tak jak nie wątpię w istnienie wglądu w  naturę umysłu, wręcz przeciwnie, tak trudno mi pogodzić się z wizją trwałego szczęścia. Na poczucie szczęścia i dobrostanu składa się bardzo wiele elementów i twierdzenie, że wszystko co trzeba to utrzymać wgląd jest bardzo naiwne. Owszem, owo rozpoznanie jest wartościowe. Pozwala ono rzeczywiście osiągnąć dość stabilne poczucie spełnienia. Ale tylko w sytuacji w której pozostałe obszary naszego życia są względnie (!) satysfakcjonujące. To znaczy, jeżeli mamy satysfakcoinującą pracę, hobby i przede wszystkim kontakty społeczne. Wtedy owszem, możemy trwać długimi okresami czasu w medytacyjnym FLOW, zanurzeni w przestrzeni życia i jest fantastycznie.

Jeśli natomiast nasze życie jest niesatysfakcjonujące, to najczęściej w ogóle nie mamy motywacji do regularnej praktyki, a nawet jeśli ją wykonujemy, to nie pojawia się naturalna spirala pozytywnych wzmocnień między pozytywnymi doświadczeniami życiowymi i praktyką i jej rezultatami. Ilekroć wiodłem niesatysfakcjonująde życie, zawsze moja praktyka była próbą stania na nogach kulawego człowieka i walką między frustracją a wyidealizowaną obietnicą spełniania. Taka sytuacja opiera się na błędnym kole. Człowiek w dołku psychicznym czy przygnębieniu życiowym ma dość tej sytuacji dlatego lgnie do wizji permanentnego szczęścia i zmusza się do praktyki. Sama ona, z powodu niewłaściwej motywacji, opartej na przymusie i poczuciu powinności często jest mało owocna, przez co męcząca. Jej rezultat jednocześnie nie odpowiadają wizji idealnej przez co jedynie rośnie frustracja i nadmierna, niewłaściwa samokontrola i poczucie przymusu. Jednocześnie, brak odpowiednich pozytywnych doświadczeń życiowych prowadzi do braku wzmocnienia motywacji. Z racji wiary w permanentne szczęście, wszystkie sytuacji braku powodzenia interpretowane są nie jako brak satysfakcjonującego życia, a w inny sposób, np „za mało praktykuję, muszę więcej”.

Istnieje jednak światełko w tunelu. Często ludzie trafiają na duchową ścieżkę z powodu cierpienia. I gdy zaczynają praktykować, dostają dodatkowej motywacji i świeżego spojrzenia na własne życie i pomaga im to wprowadzić zmiany w innych sferach. To staje się znów, wzmocnieniem do dalszej praktyki i pozytywna spirala prowadzi do przemiany osobowości. I jest to interpretowane błędnie jako przykład idei „wystarczy tylko praktykować a będzie samo szczęście”. Jest to wybiórcza interpretacja pewnych skorelowanych działań bez znajomości całego procesu.

Niestety, innym z kolei nie udaje sie przebić przez pewien próg i wejść na spiralę zmian. Po początkowym haju medytacyjnym pojawia się codzienna rutyna. Życie nadal jest tak samo bezbarwne i przykre. Pojawia się dysonans pomiędzy obiecaną wizją szczęścia a własnym dośwadczeniem. Skoro praktykuję regularnie i mam dobre efekty, to dlaczego moje życie się nie zmienia? Pojawia się negacja odczuć i dalsze brnięcie w ideologię. Czasami wręcz stagnacja we wprowadzeniu życiowych zmian. Autentycznie znam przypadki ludzi, którzy nie chcieli zajmować się zmianą swojej sytuacji, np w związku, bo przecież „wystarczy być w naturalnym stanie i wszystko samo się ułoży w doskonały sposób”. Taki styl życia staje się męczącym przywdziewaniem maski, próbą narzucenia sobie dobrostanu, do którego rozwoju nie ma warunków.

Zrozumcie mnie dobrze. Praktyka duchowa jest cenna i wartościowa i po latach zaczynamy widzieć, że jest to coś czemu warto się poświęcić. Jest źródłem transcendentalnych jakości, które nadają życiu głębszy sens. Natomiast nowy sposób doświadczania świata który kształtujemy, nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem to innego sposobu przeżywania życia, które, jeśli całość ma nabrać tego głębszego sensu, musi znaleść odpowiednie ujście- w wartościowym i pełnym satysfakcji sposobie życia z innymi ludźmi i sobą. Niestety, ideologia magicznej pigułki bywa szkodliwa.

Reklamy

Nieograniczona przestrzeń – przemyślenia po warsztacie

Ostatnio prowadziłem warsztat pt „Nieograniczona przestrzeń doświadczenia”. Celem tego warsztatu, było stopniowe otwieranie dostępu na owe doświadczenie przestrzeni, poprzez zróżnicowane i krótkie ćwiczenia związane z ruchem i bezruchem.

Idea takiej pracy jest taka- istnieją trzy obszary praktyki: ciało, oddech i umysł. Jednocześnie pracuje się z nimi na dwa sposoby- poprzez ruch/ aktywność/ zmianę oraz bezruch/ spoczywanie/ obserwację. I tu kryje się cała magia- aktywność jest bramą do otwierania przestrzeni. Przykładowo- jeśli powiem komuś „zwróć uwagę do wewnątrz i odnajdź tam wrażenie przestrzeni”- odpowiedzi nie uzyskam- osoba niewytrenowana nic nie znajdzie, a nawet prawdopodobnie nie zrozumie o co mi chodzi. Dlatego robimy inaczej- zaczynamy od aktywności. Przykładowo- wykonujemy ćwiczenie oddechowe, w którym bierzemy bardzo głęboki wdech i wstrzymujemy powietrze na 10- 15 sekund, w tym czasie rozciągając klatkę piersiowa. I teraz- robimy wydech i mówię „kiedy robisz wydech, pojawia się wrażenie rozszerzania się uwagi, jakby rozpływania się, rozpuszczania”. I bingo- to doświadczenie rozprzestrzeniania po prostu tam jest- nie trzeba tego stwarzać, ono pojawia się naturalnie. Trzeba po prostu „nie robić nic”, czyli pozwalać na rozwijanie się tego procesu.

Tak więc na warsztacie robiliśmy bardzo dużo takich ćwiczeń, skupiając się rozprzestrzenianiu się, rozpuszczaniu, obserwacji przestrzeni która naturalnie pojawia się po ruchu i aktywności. Celem było odkrycie nieograniczonej przestrzeni (i obecności). I tutaj bardzo ciekawiło mnie, czy laik będzie w stanie tam dotrzeć. I co się okazało? Że tak się prawdopodobnie stało. Na warsztacie były  dwie „zielone” osoby i jak się okazało -pod koniec warsztatu- wygląda na to, że udało im się rozpuścić- wyraźnie zaznaczyły one że zarejestrowały proces rozpuszczania się i wygląda na to że zaliczyły rozpuszczenie bardzo mocne, a może nawet chwilowo- całkowite.

Dlaczego jest to istotne? Proces odkrywania przestrzeni jest kluczowym elementem w medytacji dzogczen, którą praktykuję. I moją obserwacją jest to, że ludzie za bardzo skupiają się na technicznych aspektach treningu zapominając o celu. Skupiają się zatem na głównie na aktywności, zamiast na naturalnym rozpuszczaniu się. A kluczem jest własnie zręczne lawirowanie pomiędzy ruchem i bezruchem, między aktywnością a jej brakiem, pomiędzy działaniem a wrażeniem rozprzestrzeniania się, będącym jego skutkiem. Tak więc jednym z celów warsztatu było sprawdzenie czy już jednorazowa, około godzinna sesja ćwiczeń jest w stanie dać ten efekt i czy osoby „zielone” w temacie z powodu braku stworzonej ideologii nt praktyki osiągną to łatwo- i wygląda na to ze moje przewidywania się sprawdziły 🙂

Przytomne drzemki

Regularnie praktykując medytację, stan spokoju przenika do codziennych aktywności. Co ciekawe, w pewnej formie może wkraczać również do snu i marzeń sennych. Kolejną sferą są drzemki za dnia.

Za dnia lubię urządzać sobie takie „przytomne drzemki”. Polega to na tym, że kładziemy się i relaksujemy, jednocześnie utrzymując stan przytomności/ czujności umysłu (najpierw musimy się tego nauczyć rzecz jasna, a to inna sprawa) i pozwalamy sobie odpływać w sen. Stopniowo zaczynamy zasypiać, stajemy się co raz mniej świadomi treści naszego doświadczenia, jednak nadal utrzymujemy stan przytomności. W pewnym momencie, kiedy  jesteśmy już blisko zaśnięcia, ale jednocześnie utrzymaliśmy do tego momentu czujność, następuje moment „eksplozji” jasności i przejrzystości umysłu. Jest to taki specyficzny moment, w którym będąc już na granicy snu, ta czujność nagle zaczyna bardzo szybko narastać i „rozlewać się”, trwa to kilka sekund. I znów, kiedy nie rozproszymy się, możemy trwać w tej jasności umysłu nieprzerwanie przez np 5-10-15 minut. Jest to jakby rodzaj drzemki, ale jednocześnie z zachowaniem wrażenia przytomności. Tak jakby śpimy i nie śpimy jednocześnie 🙂 Treść doświadczenia w tym stanie jest bardzo uboga, jednak istnieje pewna świadomość otoczenia, rodzaj poczucia że drzemiemy i możemy to przerwać w każdym momencie- z resztą podczas drzemek zwyczajnych też tak jest, że jest to raczej stan pomiędzy jawą a snem niż sen jako taki.

Takie doświadczenie jest bardzo regenerujące ale jednocześnie ma ten aspekt praktyki medytacji. Im więcej i częściej to ćwiczymy tym idzie nam to łatwiej, choć oczywiście nasza zdolność do takiego drzemania zależy głównie od formy medytacyjnej w danym okresie.
Inna kwestia to wnoszenie przytomności do snu głębokiego w nocy, ale to sztuka dużo trudniejsza. Mi najłatwiej jest to robić podczas zasypiania i utrzymywać ją przez pierwsze 1-3h snu, natomiast totalnie nie wychodzi mi nad ranem, jedynie czasem podczas budzenia się. Ale podejrzewam, że tu bardzo dużo zależy od indywidualnych predyspozycji.
Pozdrawiam i polecam przytomnie drzemać 🙂

Umysł ponad ciałem i oddechem to ideologia

Czasami wśród osób praktykujących medytację można usłyszeć, że jest to jedyna akceptowalna forma praktyki. Mają oni wtedy na myśli zaawansowane formy medytacji bez przedmiotu, które nie wymagają wysiłku czy kontrolowanie uwagi. Niektórzy gardzą metodami oddechowymi i fizycznymi twierdząc, że to wszystko jest stworzone przez umysł a prawdziwa praktyka jest poza umysłem. To ideologia, wynikająca z ignorancji- braku zrozumienia, że te metody nie są celem samym w sobie, a jedynie środkiem. Aby wejść w głęboki stan medytacyjny, należy stworzyć ku temu odpowiednie warunki. I wybrać metody najskuteczniejsze, najszybsze, najłatwiejsze, najbardziej powtarzalne i co najważniejsze- najbardziej odpowiednie do rodzaju przeszkód które się w danym momencie pojawiają. I stosować w zależności od potrzeby. Czasami po prostu nie jesteśmy w stanie wejść w stan obecności natychmiast. I mamy do wyboru- albo trwać w rozproszeniu udając że praktykujemy poza umysłem, albo wykorzystać umysł, żeby szybciej go przekroczyć.

Relacja z sesji w zbiorniku do izolacji / deprywacji sensorycznej

W ciągu ostatnich tygodni udało mi się spełnić jedno z moich marzeń, jakim jest pobyt w zbiorniku do deprywacji sensorycznej. Wykupiłem bilecik 3 wejściowy do Endorfia Floationg w Gdańsku- bardzo polecam to miejsce, wszystko super zorganizowane, prowadzą to świetni ludzie.

Dla niewtajemniczonych- deprywacja sensoryczna to zjawisko „odcięcia” od zmysłów- leżysz w pomieszczeniu wypełnioną bardzo słoną wodą o temperaturze 37 stopni, która wypiera Twoje ciało, a więc unosisz się na niej. Dzięki temu nie czujesz grawitacji. Jest też ciemno, kabina jest też wygłuszona i masz zatyczki do uszu. W ten sposób ograniczasz bodźce zewnętrzne i wchodzisz w głęboki relaks i wewnętrzną podróż.

Każda sesja to 15 minut przygotowania- prysznic przede wszystkim, potem 60 minut leżenia, właściwego floatingu, i znów 10 minut na prysznic i ogarnięcie się. Podczas każdej z tych sesji przyjąłem trochę inną strategię, aby wypróbować różne opcje. Zapraszam.

IMG_20151119_193842


Sesja 1

Wchodzę do kabiny. Robię krótkie ćwiczenie oddechowe, kładę się. Natychmiast woda wypiera moje ciało. Cudowne uczucie! Odpuszczam wszystkie mięśnie i pozwalam im się zrelaksować. Przez chwilę, 1-2 minuty obserwuję poszczególne partie ciała i rozluźniam je. I nagle zaczynam czuć jakby, wirował, opadał, kołysał się, bujał. Dobrze mi znane objawy pogłębiania się relaksu i uwalniania napięć, ale jak to szybko nastąpiło! Obserwuję te odczucia i pozwalam im się rozwijać. Po jakimś czasie się to uspokaja. Ciało jest super rozluźnione, czuję że nawet gdybym chciał to bym nie mógł nim poruszyć. Przechodzę do rozluźnienia oddechu. Obserwuję go, lekko akcentuję wydech i się na nim rozluźniam. Po ok. 5 minutach jest on już swobodny i lekko go obserwując pozwalam mu stawać się jeszcze bardziej swobodnym. Teraz czas na umysł. W jednej chwili skupiam się odcinając dialog wewnętrzny i przechodząc w subtelniejszy wymiar myśli. Zdecydowałem się nie forsownie się koncentrować, raczej obserwować myśli. No tu zeszło mi długo, ale jakoś nie udało mi się dobrze „wyzwolić” myśli, puścić je/ rozpuścić w przestrzeni. Tak kontynuowałem do końca. Mniej więcej od połowy sesji pojawił się błogostan, który utrzymywał się z przerwami do końca.

Po 60 minutach wstałem ledwo ogarniając rzeczywistość i poszedłem pod prysznic. Po sesji byłem w pięknym błogostanie. Jednak czasami czułem przebijającą się nerwowość/ zwyczajny umysł. Ale to pierwsze sesja, cudów nie ma co się spodobać. Spokój utrzymywał się przez następne ok. 2 dni.

Wrażenia i wnioski: Cudowny głęboki relaks w bardzo szybkim czasie z łatwym ominięciem przeszkód ze strony ciała. Wszystko to co znam i potrafię, ale dużo szybciej i łatwiej. Niesamowita sprawa.

Sesja 2

Tu poszedłem w innym kierunku i postawiłem na skupienie. Położyłem się, wstępnie zrelaksowałem i skupiłem na wyobrażeniu czerwonej kuli w gardle/ czakrze gardła. I tak utrzymywałem je przez większość czasu. Udało mi się ustabilizować koncentrację i się wyciszyć, ale nie dałem rady już pogłębić tego uspokojenia i rozluźnić koncentracji. Kilka razy też przysnąłem na krótko.

Po sesji czułem się wyciszony, ale nie w żaden nadzwyczajny sposób. Przez następne dni łatwiej było mi utrzymywać uważność i praktykować medytację formalnie.

Wrażenia i wnioski: szału nie było, wyciszenie zwyczajne, no może troszkę głębsze.

Sesja 3

Wyciągnąwszy wnioski z pierwszy dwóch sesji, nie chciałem nastawiać się za bardzo i podszedłem do sesji bardziej spontanicznie. Postanowiłem od początku pójść w rozluźnienie i kontemplację. Najpierw znów zrobiłem krótkie ćwiczenia oddechowe. Po położeniu się poświęciłem ok. 5 minut na rozluźnienie ciała. Udało się bez większych problemów, choć nie był to tak głęboki relaks jak za pierwszym razem. Ale nie samym ciałem człowiek żyje. Następne co zrobiłem to „pozostawiłem umysł takim jakim jest”, puściłem strumień myśli, a że ostatnie dni regularnie medytowałem, udało się to bez przeszkód. Po prostu zostawiłem umysł, obserwowałem myśli bez modyfikowania ich i pozostawałem obecnym. I to był strzał w dziesiątkę. Bardzo szybko poczułem wolność i ulgę, tak jak to nazywam „urlop od umysłu”. I tak trwałem i pozwalałem się temu pogłębiać. Co jakiś czas się rozpraszałem jednak łatwo wracałem.

Po ok. 30 minutach zaczęły pojawiać się różne „dziwne myśli”, dotyczące mojego życia. Były to bardzo wyraźne i konkretne rady dotyczące tego, na czym mam się teraz w życiu skupić, po prostu wgląd. Posiadając w tym doświadczenie, podczas tego procesu delikatnie go kierunkowałem poprzez intencje, sugestie myśli, wyobrażenia. Jest coś w rodzaju podróży szamańskiej, głębokiej autohipnozy czy też bezpośredniego kontaktu z „podświadomością”. Doświadczenia tego typu zdarzają mi się rzadko, bardzo więc jestem z tego zadowolony. Ten etap trwał ok. 10 minut. Potem wrzuciłem sobie jeszcze kilka sugestii autohipnotycznych. Po ok. 40 minutach sesji poczułem dyskomfort i na dodatek podrapałem się słoną ręką w oko więc szczypało. Usiadłem na chwilę i potem znów się położyłem i starałem się kontemplować do końca sesji.

Po sesji udawało mi się utrzymać kontemplacyjny stan prawie przez cały wieczór i dnia następnego i od tego czasu zdecydowanie łatwiej go osiągnąć i wejść w „medytacyjny tryb”.

Wrażenia i wnioski: genialnie wręcz, piękna sesja. Nie dość, ze kontemplacja i relaks, to jeszcze miłe doświadczenie „podróży szamańskiej”.

Podsumowanie

Uważam, że floating to świetna sprawa. Pozwala osiągnąć stany relaksacji i medytacji dużo szybciej i łatwiej niż w „normalny sposób”. Uważam, że dla wprawnego jogina nie jest to konieczne, ale warto z tego ułatwienia skorzystać. Polecam chociaż udać się jedną sesję w ramach eksperymentu, zdobycia nowego doświadczenia. Ja bym chciał taki zbiornik w domu/ w piwnicy i kilka razy w tygodniu korzystać. I oby to się spełniło.

Pozdrawiam.

Czy wszystko jest doskonałe i należy to akceptować?

Jednym z głównych postulatów ruchu New Age jest podejście, że na „wyższym” poziomie wszystko jest doskonałe. Dlatego też, należy wszystko akceptować takie jakie jest, bez oceniania. Tego rodzaju akceptacja ma doprowadzić nas do rozwiązania wielu problemów i oczyszczenia umysłu i emocji. Niestety to tłumaczenie jest bardzo nieprecyzyjne i wynika z tego wiele problemów i patologii.

Teoria, że wszystko jest doskonałe i należy to akceptować, odnosi się do postawy umysłu, którą osiąga się dzięki regularnej praktyce medytacji. Rozwijając koncentrację i uważność, zaczynamy przechodzić na inny tryb funkcjonowania uwagi, w którym jesteśmy w stanie jednocześnie postrzegać myśli i emocje oraz pozwalać aby pojawiały się one i znikały bez naszej ingerencji. Dzięki temu, przestajemy się ich mentalnie „chwytać”, nadmiernie babrać się w emocjach i stanach umysłu. Podaje się tutaj metaforę strumienia, który płynie bez przeszkód lub ptaka, który swobodnie sunie po niebie. I rzeczywiście, tego rodzaju akceptacja, może przynieść nam wiele korzyści, uwolnić nas od napięć i umożliwić dostęp do odmiennego, a zarazem głębokiego doświadczania rzeczywistości.

Niestety, w środowiskach New Age, czy też bardziej ogólniej mówiąc, osób interesujących się duchowością, akceptację rozumie się często w skrzywiony, chory sposób. Zamiast zrozumieć, że chodzi o poznawczą akceptację treści umysłu, tworzy się z tego ideologię twierdząc, że należy przyzwolić na wszystkie zachowania, w tym patalogiczne. I w ten sposób, od „niuejdżowców”, możemy usłyszeć, że molestowanie jest w porządku, bo nie powinniśmy przecież oceniać, albo, że ktoś komuś pieniędzy nie odda, bo przecież nie ma skąd i to jest w porządku, a kto tego nie rozumie i się złości, to ma problemy z akceptacją. Wielokrotnie byłem świadkiem przyzwolenia, w tym grupowego, na patalogiczne- agresywnych, niedojrzałe, chore- zachowania w środowiskach buddyjskich, pod pretekstem rozwoju duchowego.

Akceptacja odnosi się do myśli, a nie do zachowania! Postawa przyzwolenia, aby myśli pojawiały się i znikały bez ich modyfikacji nie jest jednoznaczna z utratą kontroli nad działaniem i przyzwoleniem na patologiczne zachowanie! 

Oczywiście, ta ideologia jest pełna sprzeczności, ponieważ skoro ktoś ma akceptować patologię i nie wyrażać sprzeciwu, to dlaczego nie powinniśmy uznać sprzeciwu za właściwy i go zaakceptować? W ten sposób, opaczne rozumienie tej kwestii, staje się sposobem usprawiedliwiania każdego zachowania, tłumaczenia własnych niekonstruktywnych nawyków, mechanizmem ucieczkowym, utrzymujących negatywne wzorce.

Rozwiązaniem jest tu zrozumienie, że należy nie oceniać treści naszego doświadczenia, nie zmieniając ich i nie walcząc z nimi. Jedyną drogą do urzeczywistnienia tego jest regularna praktyka medytacji, która zmienia sposób funkcjonowania uwagi.

Ścisłe zalecenia do praktyki medytacji- fanaberia czy konieczność?

W buddyzmie tybetańskim istnieje bardzo wiele praktyk, takich jak ćwiczenia oddechowe, mantry, wizualizacje czy „klasyczna” medytacja skupienia i wglądu. Oprócz części „zasadniczej” danej praktyki, pojawiają też inne zalecenia, np. dotyczące pozycji ciała czy spojrzenia. Tu pojawia się wiele wątpliwości, na ile dane zalecenie jest spuścizną kulturową, a na ile koniecznym elementem.

Rozstrzygnięcie tego nie jest łatwe jakby mogło się z początku wydawać. Z jednej strony nie ma co wchodzić tylko w rytualne aspekty praktyki buddyjskiej zaniedbując tym samym jej esencję w postaci stanów umysłu. Wiele jest osób które ładnie się uśmiechają, robią pokłony, śpiewają modlitwy i mantrują a jednocześnie są rozproszone. Z drugiej strony, nie ma co skreślać z góry pewnych aspektów praktyki, które na początku wydają się bez sensu.

Przykładowo. W tradycji Bon (w cyklu A-ti) istnieją ścisłe zalecenia do praktyki koncentracji szine. Mimo tego, że polega ona głównie na skupieniu na obiekcie (literze a zawieszonej na patyku), opisuje się też inne jej aspekty. Między innymi zaleca się, aby ciało było w bezruchu, aby nie przełykać śliny (ma kapać jak u psa ;)), nie mrugać oczyma, nie wciągać glutów z nosa- wszystko ma płynąć. Może wydawać się to idiotycznymi zaleceniami co do których nie ma co się stosować. I tak też podchodzą niektóre osoby, ruszają się czy też mrugają podczas wykonywania tej praktyki. Jednak, jeżeli potrenuje się szine wg tych zaleceń to zacznie się zauważać, że mają one głęboki sens. Po pewnym czasie zaczyna się rozumieć, że pozostawanie w medytacji w bezruchu na początkowych jej etapach jest warunkiem koniecznym aby wejść na pewien poziom stanu medytacyjnego, choć co prawda później można się poruszać. Istnieje więc ryzyko, że ktoś lekceważąc zalecenia co do pozycji nie rozwinie swojej praktyki lub rozwinie ją nie na takim poziomie, jak gdyby do tych zaleceń się stosował.

Praktyka szine jest jednym z przykładów. Można tu podać ich więcej. Owa zależność dotyczy jednak nie tylko elementów praktyki, ale również praktyk jako całość. Istnieje chociażby praktyka „9 oczyszczających oddechów” które polega w uproszczeniu m.in. na oddychaniu raz jedną, raz drugą dziurką od nosa, ale to oczywiście. Można sobie pomyśleć, po cholerę mam zatykać dziurkę i tak oddychać, niech to sobie robią Tybetańczycy a ja jako racjonalny człowiek nie będę, bo to nie ma sensu. Jednak znów, gdy zaufa się tym zaleceniom, po miesiącach czy latach wykonywania tej praktyki i jej opanowaniu okaże się, że daje ona w bardzo krótkim czasie bardzo silne efekty, to znaczy, wykonanie tej praktyki chociażby przez 2- 3 minuty pozwala znacznie głębiej wejść praktykę medytacji którą się wykonuje później.

Inny możliwość, to lekceważenie nie tyle co dziwnej formy praktyki w postaci zachowania, ale instrukcji co pozostawania w określonym stanie umysłu. Przykładem może tu być joga tybetańska (tsa lung). Tu zaleca się, aby po każdym ćwiczeniu pozostać w bezruchu i obserwować ciało w miejscu w którym się z nim w danym obszarze pracuje. I znów, sporo osób tego nie robi. Z początku wydaje się, że nie zwiększa to efektywności praktyki, że nie ma różnicy pomiędzy ruchem a bezruchem. Jednak jest oczywiście inaczej i w perspektywie lat, robi to dużą różnicę.

Z drugiej strony należy uważać, aby nie stosować się bezmyślnie do różnych zaleceń i nie wpaść pułapkę wykonywania rytuałów. W ten sposób można spędzić wiele czasu na pewnych działaniach, podczas gdy stan umysłu pozostawia wiele do życzenia. Według wielu osób, można skupiać się tylko na medytacji nieformalnej opartej o koncentrację i olać wszystkie te niepewne aspekty, bo przecież stan umysłu jest najważniejszy. Z drugiej strony po co zrezygnować z pewnych elementów praktyki, takich jak pozycja ciała czy pewne ćwiczenia, które okazują się niezwykłym wsparciem do praktyki medytacji? Czasami należy dać pewien kredyt zaufania, przyjąć podejście eksperymentalne na zasadzie „dobra, zrobię jak mówią, zobaczę co będzie” i w rezultacie, po pewnym czasie oddzielić to co ma ukryty sens, od tego co nie ma. Ja osobiście wiem, że dzięki takiemu zaufaniu korzystam z dobrodziejstw kilku praktyk choć wiem, że zapewne są takie elementy które zlekceważyłem i nawet nie wiem, że mogłyby mi przynosić dziś korzyści 🙂 Poza tym zaufanie, pomaga budować oddanie, które wspiera regularność praktyki i jest istotnym elementem ścieżki buddyjskiej w ogóle.

Previous Older Entries