Nieograniczona przestrzeń – przemyślenia po warsztacie

Ostatnio prowadziłem warsztat pt „Nieograniczona przestrzeń doświadczenia”. Celem tego warsztatu, było stopniowe otwieranie dostępu na owe doświadczenie przestrzeni, poprzez zróżnicowane i krótkie ćwiczenia związane z ruchem i bezruchem.

Idea takiej pracy jest taka- istnieją trzy obszary praktyki: ciało, oddech i umysł. Jednocześnie pracuje się z nimi na dwa sposoby- poprzez ruch/ aktywność/ zmianę oraz bezruch/ spoczywanie/ obserwację. I tu kryje się cała magia- aktywność jest bramą do otwierania przestrzeni. Przykładowo- jeśli powiem komuś „zwróć uwagę do wewnątrz i odnajdź tam wrażenie przestrzeni”- odpowiedzi nie uzyskam- osoba niewytrenowana nic nie znajdzie, a nawet prawdopodobnie nie zrozumie o co mi chodzi. Dlatego robimy inaczej- zaczynamy od aktywności. Przykładowo- wykonujemy ćwiczenie oddechowe, w którym bierzemy bardzo głęboki wdech i wstrzymujemy powietrze na 10- 15 sekund, w tym czasie rozciągając klatkę piersiowa. I teraz- robimy wydech i mówię „kiedy robisz wydech, pojawia się wrażenie rozszerzania się uwagi, jakby rozpływania się, rozpuszczania”. I bingo- to doświadczenie rozprzestrzeniania po prostu tam jest- nie trzeba tego stwarzać, ono pojawia się naturalnie. Trzeba po prostu „nie robić nic”, czyli pozwalać na rozwijanie się tego procesu.

Tak więc na warsztacie robiliśmy bardzo dużo takich ćwiczeń, skupiając się rozprzestrzenianiu się, rozpuszczaniu, obserwacji przestrzeni która naturalnie pojawia się po ruchu i aktywności. Celem było odkrycie nieograniczonej przestrzeni (i obecności). I tutaj bardzo ciekawiło mnie, czy laik będzie w stanie tam dotrzeć. I co się okazało? Że tak się prawdopodobnie stało. Na warsztacie były  dwie „zielone” osoby i jak się okazało -pod koniec warsztatu- wygląda na to, że udało im się rozpuścić- wyraźnie zaznaczyły one że zarejestrowały proces rozpuszczania się i wygląda na to że zaliczyły rozpuszczenie bardzo mocne, a może nawet chwilowo- całkowite.

Dlaczego jest to istotne? Proces odkrywania przestrzeni jest kluczowym elementem w medytacji dzogczen, którą praktykuję. I moją obserwacją jest to, że ludzie za bardzo skupiają się na technicznych aspektach treningu zapominając o celu. Skupiają się zatem na głównie na aktywności, zamiast na naturalnym rozpuszczaniu się. A kluczem jest własnie zręczne lawirowanie pomiędzy ruchem i bezruchem, między aktywnością a jej brakiem, pomiędzy działaniem a wrażeniem rozprzestrzeniania się, będącym jego skutkiem. Tak więc jednym z celów warsztatu było sprawdzenie czy już jednorazowa, około godzinna sesja ćwiczeń jest w stanie dać ten efekt i czy osoby „zielone” w temacie z powodu braku stworzonej ideologii nt praktyki osiągną to łatwo- i wygląda na to ze moje przewidywania się sprawdziły 🙂

Przytomne drzemki

Regularnie praktykując medytację, stan spokoju przenika do codziennych aktywności. Co ciekawe, w pewnej formie może wkraczać również do snu i marzeń sennych. Kolejną sferą są drzemki za dnia.

Za dnia lubię urządzać sobie takie „przytomne drzemki”. Polega to na tym, że kładziemy się i relaksujemy, jednocześnie utrzymując stan przytomności/ czujności umysłu (najpierw musimy się tego nauczyć rzecz jasna, a to inna sprawa) i pozwalamy sobie odpływać w sen. Stopniowo zaczynamy zasypiać, stajemy się co raz mniej świadomi treści naszego doświadczenia, jednak nadal utrzymujemy stan przytomności. W pewnym momencie, kiedy  jesteśmy już blisko zaśnięcia, ale jednocześnie utrzymaliśmy do tego momentu czujność, następuje moment „eksplozji” jasności i przejrzystości umysłu. Jest to taki specyficzny moment, w którym będąc już na granicy snu, ta czujność nagle zaczyna bardzo szybko narastać i „rozlewać się”, trwa to kilka sekund. I znów, kiedy nie rozproszymy się, możemy trwać w tej jasności umysłu nieprzerwanie przez np 5-10-15 minut. Jest to jakby rodzaj drzemki, ale jednocześnie z zachowaniem wrażenia przytomności. Tak jakby śpimy i nie śpimy jednocześnie 🙂 Treść doświadczenia w tym stanie jest bardzo uboga, jednak istnieje pewna świadomość otoczenia, rodzaj poczucia że drzemiemy i możemy to przerwać w każdym momencie- z resztą podczas drzemek zwyczajnych też tak jest, że jest to raczej stan pomiędzy jawą a snem niż sen jako taki.

Takie doświadczenie jest bardzo regenerujące ale jednocześnie ma ten aspekt praktyki medytacji. Im więcej i częściej to ćwiczymy tym idzie nam to łatwiej, choć oczywiście nasza zdolność do takiego drzemania zależy głównie od formy medytacyjnej w danym okresie.
Inna kwestia to wnoszenie przytomności do snu głębokiego w nocy, ale to sztuka dużo trudniejsza. Mi najłatwiej jest to robić podczas zasypiania i utrzymywać ją przez pierwsze 1-3h snu, natomiast totalnie nie wychodzi mi nad ranem, jedynie czasem podczas budzenia się. Ale podejrzewam, że tu bardzo dużo zależy od indywidualnych predyspozycji.
Pozdrawiam i polecam przytomnie drzemać 🙂

Umysł ponad ciałem i oddechem to ideologia

Czasami wśród osób praktykujących medytację można usłyszeć, że jest to jedyna akceptowalna forma praktyki. Mają oni wtedy na myśli zaawansowane formy medytacji bez przedmiotu, które nie wymagają wysiłku czy kontrolowanie uwagi. Niektórzy gardzą metodami oddechowymi i fizycznymi twierdząc, że to wszystko jest stworzone przez umysł a prawdziwa praktyka jest poza umysłem. To ideologia, wynikająca z ignorancji- braku zrozumienia, że te metody nie są celem samym w sobie, a jedynie środkiem. Aby wejść w głęboki stan medytacyjny, należy stworzyć ku temu odpowiednie warunki. I wybrać metody najskuteczniejsze, najszybsze, najłatwiejsze, najbardziej powtarzalne i co najważniejsze- najbardziej odpowiednie do rodzaju przeszkód które się w danym momencie pojawiają. I stosować w zależności od potrzeby. Czasami po prostu nie jesteśmy w stanie wejść w stan obecności natychmiast. I mamy do wyboru- albo trwać w rozproszeniu udając że praktykujemy poza umysłem, albo wykorzystać umysł, żeby szybciej go przekroczyć.

Relacja z sesji w zbiorniku do izolacji / deprywacji sensorycznej

W ciągu ostatnich tygodni udało mi się spełnić jedno z moich marzeń, jakim jest pobyt w zbiorniku do deprywacji sensorycznej. Wykupiłem bilecik 3 wejściowy do Endorfia Floationg w Gdańsku- bardzo polecam to miejsce, wszystko super zorganizowane, prowadzą to świetni ludzie.

Dla niewtajemniczonych- deprywacja sensoryczna to zjawisko „odcięcia” od zmysłów- leżysz w pomieszczeniu wypełnioną bardzo słoną wodą o temperaturze 37 stopni, która wypiera Twoje ciało, a więc unosisz się na niej. Dzięki temu nie czujesz grawitacji. Jest też ciemno, kabina jest też wygłuszona i masz zatyczki do uszu. W ten sposób ograniczasz bodźce zewnętrzne i wchodzisz w głęboki relaks i wewnętrzną podróż.

Każda sesja to 15 minut przygotowania- prysznic przede wszystkim, potem 60 minut leżenia, właściwego floatingu, i znów 10 minut na prysznic i ogarnięcie się. Podczas każdej z tych sesji przyjąłem trochę inną strategię, aby wypróbować różne opcje. Zapraszam.

IMG_20151119_193842


Sesja 1

Wchodzę do kabiny. Robię krótkie ćwiczenie oddechowe, kładę się. Natychmiast woda wypiera moje ciało. Cudowne uczucie! Odpuszczam wszystkie mięśnie i pozwalam im się zrelaksować. Przez chwilę, 1-2 minuty obserwuję poszczególne partie ciała i rozluźniam je. I nagle zaczynam czuć jakby, wirował, opadał, kołysał się, bujał. Dobrze mi znane objawy pogłębiania się relaksu i uwalniania napięć, ale jak to szybko nastąpiło! Obserwuję te odczucia i pozwalam im się rozwijać. Po jakimś czasie się to uspokaja. Ciało jest super rozluźnione, czuję że nawet gdybym chciał to bym nie mógł nim poruszyć. Przechodzę do rozluźnienia oddechu. Obserwuję go, lekko akcentuję wydech i się na nim rozluźniam. Po ok. 5 minutach jest on już swobodny i lekko go obserwując pozwalam mu stawać się jeszcze bardziej swobodnym. Teraz czas na umysł. W jednej chwili skupiam się odcinając dialog wewnętrzny i przechodząc w subtelniejszy wymiar myśli. Zdecydowałem się nie forsownie się koncentrować, raczej obserwować myśli. No tu zeszło mi długo, ale jakoś nie udało mi się dobrze „wyzwolić” myśli, puścić je/ rozpuścić w przestrzeni. Tak kontynuowałem do końca. Mniej więcej od połowy sesji pojawił się błogostan, który utrzymywał się z przerwami do końca.

Po 60 minutach wstałem ledwo ogarniając rzeczywistość i poszedłem pod prysznic. Po sesji byłem w pięknym błogostanie. Jednak czasami czułem przebijającą się nerwowość/ zwyczajny umysł. Ale to pierwsze sesja, cudów nie ma co się spodobać. Spokój utrzymywał się przez następne ok. 2 dni.

Wrażenia i wnioski: Cudowny głęboki relaks w bardzo szybkim czasie z łatwym ominięciem przeszkód ze strony ciała. Wszystko to co znam i potrafię, ale dużo szybciej i łatwiej. Niesamowita sprawa.

Sesja 2

Tu poszedłem w innym kierunku i postawiłem na skupienie. Położyłem się, wstępnie zrelaksowałem i skupiłem na wyobrażeniu czerwonej kuli w gardle/ czakrze gardła. I tak utrzymywałem je przez większość czasu. Udało mi się ustabilizować koncentrację i się wyciszyć, ale nie dałem rady już pogłębić tego uspokojenia i rozluźnić koncentracji. Kilka razy też przysnąłem na krótko.

Po sesji czułem się wyciszony, ale nie w żaden nadzwyczajny sposób. Przez następne dni łatwiej było mi utrzymywać uważność i praktykować medytację formalnie.

Wrażenia i wnioski: szału nie było, wyciszenie zwyczajne, no może troszkę głębsze.

Sesja 3

Wyciągnąwszy wnioski z pierwszy dwóch sesji, nie chciałem nastawiać się za bardzo i podszedłem do sesji bardziej spontanicznie. Postanowiłem od początku pójść w rozluźnienie i kontemplację. Najpierw znów zrobiłem krótkie ćwiczenia oddechowe. Po położeniu się poświęciłem ok. 5 minut na rozluźnienie ciała. Udało się bez większych problemów, choć nie był to tak głęboki relaks jak za pierwszym razem. Ale nie samym ciałem człowiek żyje. Następne co zrobiłem to „pozostawiłem umysł takim jakim jest”, puściłem strumień myśli, a że ostatnie dni regularnie medytowałem, udało się to bez przeszkód. Po prostu zostawiłem umysł, obserwowałem myśli bez modyfikowania ich i pozostawałem obecnym. I to był strzał w dziesiątkę. Bardzo szybko poczułem wolność i ulgę, tak jak to nazywam „urlop od umysłu”. I tak trwałem i pozwalałem się temu pogłębiać. Co jakiś czas się rozpraszałem jednak łatwo wracałem.

Po ok. 30 minutach zaczęły pojawiać się różne „dziwne myśli”, dotyczące mojego życia. Były to bardzo wyraźne i konkretne rady dotyczące tego, na czym mam się teraz w życiu skupić, po prostu wgląd. Posiadając w tym doświadczenie, podczas tego procesu delikatnie go kierunkowałem poprzez intencje, sugestie myśli, wyobrażenia. Jest coś w rodzaju podróży szamańskiej, głębokiej autohipnozy czy też bezpośredniego kontaktu z „podświadomością”. Doświadczenia tego typu zdarzają mi się rzadko, bardzo więc jestem z tego zadowolony. Ten etap trwał ok. 10 minut. Potem wrzuciłem sobie jeszcze kilka sugestii autohipnotycznych. Po ok. 40 minutach sesji poczułem dyskomfort i na dodatek podrapałem się słoną ręką w oko więc szczypało. Usiadłem na chwilę i potem znów się położyłem i starałem się kontemplować do końca sesji.

Po sesji udawało mi się utrzymać kontemplacyjny stan prawie przez cały wieczór i dnia następnego i od tego czasu zdecydowanie łatwiej go osiągnąć i wejść w „medytacyjny tryb”.

Wrażenia i wnioski: genialnie wręcz, piękna sesja. Nie dość, ze kontemplacja i relaks, to jeszcze miłe doświadczenie „podróży szamańskiej”.

Podsumowanie

Uważam, że floating to świetna sprawa. Pozwala osiągnąć stany relaksacji i medytacji dużo szybciej i łatwiej niż w „normalny sposób”. Uważam, że dla wprawnego jogina nie jest to konieczne, ale warto z tego ułatwienia skorzystać. Polecam chociaż udać się jedną sesję w ramach eksperymentu, zdobycia nowego doświadczenia. Ja bym chciał taki zbiornik w domu/ w piwnicy i kilka razy w tygodniu korzystać. I oby to się spełniło.

Pozdrawiam.

Czy wszystko jest doskonałe i należy to akceptować?

Jednym z głównych postulatów ruchu New Age jest podejście, że na „wyższym” poziomie wszystko jest doskonałe. Dlatego też, należy wszystko akceptować takie jakie jest, bez oceniania. Tego rodzaju akceptacja ma doprowadzić nas do rozwiązania wielu problemów i oczyszczenia umysłu i emocji. Niestety to tłumaczenie jest bardzo nieprecyzyjne i wynika z tego wiele problemów i patologii.

Teoria, że wszystko jest doskonałe i należy to akceptować, odnosi się do postawy umysłu, którą osiąga się dzięki regularnej praktyce medytacji. Rozwijając koncentrację i uważność, zaczynamy przechodzić na inny tryb funkcjonowania uwagi, w którym jesteśmy w stanie jednocześnie postrzegać myśli i emocje oraz pozwalać aby pojawiały się one i znikały bez naszej ingerencji. Dzięki temu, przestajemy się ich mentalnie „chwytać”, nadmiernie babrać się w emocjach i stanach umysłu. Podaje się tutaj metaforę strumienia, który płynie bez przeszkód lub ptaka, który swobodnie sunie po niebie. I rzeczywiście, tego rodzaju akceptacja, może przynieść nam wiele korzyści, uwolnić nas od napięć i umożliwić dostęp do odmiennego, a zarazem głębokiego doświadczania rzeczywistości.

Niestety, w środowiskach New Age, czy też bardziej ogólniej mówiąc, osób interesujących się duchowością, akceptację rozumie się często w skrzywiony, chory sposób. Zamiast zrozumieć, że chodzi o poznawczą akceptację treści umysłu, tworzy się z tego ideologię twierdząc, że należy przyzwolić na wszystkie zachowania, w tym patalogiczne. I w ten sposób, od „niuejdżowców”, możemy usłyszeć, że molestowanie jest w porządku, bo nie powinniśmy przecież oceniać, albo, że ktoś komuś pieniędzy nie odda, bo przecież nie ma skąd i to jest w porządku, a kto tego nie rozumie i się złości, to ma problemy z akceptacją. Wielokrotnie byłem świadkiem przyzwolenia, w tym grupowego, na patalogiczne- agresywnych, niedojrzałe, chore- zachowania w środowiskach buddyjskich, pod pretekstem rozwoju duchowego.

Akceptacja odnosi się do myśli, a nie do zachowania! Postawa przyzwolenia, aby myśli pojawiały się i znikały bez ich modyfikacji nie jest jednoznaczna z utratą kontroli nad działaniem i przyzwoleniem na patologiczne zachowanie! 

Oczywiście, ta ideologia jest pełna sprzeczności, ponieważ skoro ktoś ma akceptować patologię i nie wyrażać sprzeciwu, to dlaczego nie powinniśmy uznać sprzeciwu za właściwy i go zaakceptować? W ten sposób, opaczne rozumienie tej kwestii, staje się sposobem usprawiedliwiania każdego zachowania, tłumaczenia własnych niekonstruktywnych nawyków, mechanizmem ucieczkowym, utrzymujących negatywne wzorce.

Rozwiązaniem jest tu zrozumienie, że należy nie oceniać treści naszego doświadczenia, nie zmieniając ich i nie walcząc z nimi. Jedyną drogą do urzeczywistnienia tego jest regularna praktyka medytacji, która zmienia sposób funkcjonowania uwagi.

Ścisłe zalecenia do praktyki medytacji- fanaberia czy konieczność?

W buddyzmie tybetańskim istnieje bardzo wiele praktyk, takich jak ćwiczenia oddechowe, mantry, wizualizacje czy „klasyczna” medytacja skupienia i wglądu. Oprócz części „zasadniczej” danej praktyki, pojawiają też inne zalecenia, np. dotyczące pozycji ciała czy spojrzenia. Tu pojawia się wiele wątpliwości, na ile dane zalecenie jest spuścizną kulturową, a na ile koniecznym elementem.

Rozstrzygnięcie tego nie jest łatwe jakby mogło się z początku wydawać. Z jednej strony nie ma co wchodzić tylko w rytualne aspekty praktyki buddyjskiej zaniedbując tym samym jej esencję w postaci stanów umysłu. Wiele jest osób które ładnie się uśmiechają, robią pokłony, śpiewają modlitwy i mantrują a jednocześnie są rozproszone. Z drugiej strony, nie ma co skreślać z góry pewnych aspektów praktyki, które na początku wydają się bez sensu.

Przykładowo. W tradycji Bon (w cyklu A-ti) istnieją ścisłe zalecenia do praktyki koncentracji szine. Mimo tego, że polega ona głównie na skupieniu na obiekcie (literze a zawieszonej na patyku), opisuje się też inne jej aspekty. Między innymi zaleca się, aby ciało było w bezruchu, aby nie przełykać śliny (ma kapać jak u psa ;)), nie mrugać oczyma, nie wciągać glutów z nosa- wszystko ma płynąć. Może wydawać się to idiotycznymi zaleceniami co do których nie ma co się stosować. I tak też podchodzą niektóre osoby, ruszają się czy też mrugają podczas wykonywania tej praktyki. Jednak, jeżeli potrenuje się szine wg tych zaleceń to zacznie się zauważać, że mają one głęboki sens. Po pewnym czasie zaczyna się rozumieć, że pozostawanie w medytacji w bezruchu na początkowych jej etapach jest warunkiem koniecznym aby wejść na pewien poziom stanu medytacyjnego, choć co prawda później można się poruszać. Istnieje więc ryzyko, że ktoś lekceważąc zalecenia co do pozycji nie rozwinie swojej praktyki lub rozwinie ją nie na takim poziomie, jak gdyby do tych zaleceń się stosował.

Praktyka szine jest jednym z przykładów. Można tu podać ich więcej. Owa zależność dotyczy jednak nie tylko elementów praktyki, ale również praktyk jako całość. Istnieje chociażby praktyka „9 oczyszczających oddechów” które polega w uproszczeniu m.in. na oddychaniu raz jedną, raz drugą dziurką od nosa, ale to oczywiście. Można sobie pomyśleć, po cholerę mam zatykać dziurkę i tak oddychać, niech to sobie robią Tybetańczycy a ja jako racjonalny człowiek nie będę, bo to nie ma sensu. Jednak znów, gdy zaufa się tym zaleceniom, po miesiącach czy latach wykonywania tej praktyki i jej opanowaniu okaże się, że daje ona w bardzo krótkim czasie bardzo silne efekty, to znaczy, wykonanie tej praktyki chociażby przez 2- 3 minuty pozwala znacznie głębiej wejść praktykę medytacji którą się wykonuje później.

Inny możliwość, to lekceważenie nie tyle co dziwnej formy praktyki w postaci zachowania, ale instrukcji co pozostawania w określonym stanie umysłu. Przykładem może tu być joga tybetańska (tsa lung). Tu zaleca się, aby po każdym ćwiczeniu pozostać w bezruchu i obserwować ciało w miejscu w którym się z nim w danym obszarze pracuje. I znów, sporo osób tego nie robi. Z początku wydaje się, że nie zwiększa to efektywności praktyki, że nie ma różnicy pomiędzy ruchem a bezruchem. Jednak jest oczywiście inaczej i w perspektywie lat, robi to dużą różnicę.

Z drugiej strony należy uważać, aby nie stosować się bezmyślnie do różnych zaleceń i nie wpaść pułapkę wykonywania rytuałów. W ten sposób można spędzić wiele czasu na pewnych działaniach, podczas gdy stan umysłu pozostawia wiele do życzenia. Według wielu osób, można skupiać się tylko na medytacji nieformalnej opartej o koncentrację i olać wszystkie te niepewne aspekty, bo przecież stan umysłu jest najważniejszy. Z drugiej strony po co zrezygnować z pewnych elementów praktyki, takich jak pozycja ciała czy pewne ćwiczenia, które okazują się niezwykłym wsparciem do praktyki medytacji? Czasami należy dać pewien kredyt zaufania, przyjąć podejście eksperymentalne na zasadzie „dobra, zrobię jak mówią, zobaczę co będzie” i w rezultacie, po pewnym czasie oddzielić to co ma ukryty sens, od tego co nie ma. Ja osobiście wiem, że dzięki takiemu zaufaniu korzystam z dobrodziejstw kilku praktyk choć wiem, że zapewne są takie elementy które zlekceważyłem i nawet nie wiem, że mogłyby mi przynosić dziś korzyści 🙂 Poza tym zaufanie, pomaga budować oddanie, które wspiera regularność praktyki i jest istotnym elementem ścieżki buddyjskiej w ogóle.

Andrzej Piotrowski Ji Do Poep Sa Nim- cytat [zen]

Źródło: Fanpage- Buddyzm Wprost: https://www.facebook.com/buddzym.duchoweposzukiwania/posts/472286929602046

Andrzej Piotrowski Ji Do Poep Sa Nim

Często zwracamy się ku praktyce Dharmy, ponieważ oczekujemy, że znajdziemy tam odpowiedź na nurtujące nas pytania. Obawiam się jednak, że jeśli przylgnęliśmy do słów np. „wszystko jest umysłem” stworzyliśmy nowe przywiązanie. Dlatego w zen mamy pytanie: Wszystko pochodzi z umysłu, ale skąd pochodzi umysł? To pytanie sprowadza nas do „nie wiem”. To nie wszystkie interesujące odpowiedzi, jakie możemy znaleźć w buddyzmie są najcenniejsze, ale właśnie „nie wiem”. Praktyka zen, która wyłoniła się z wielkiej buddyjskiej tradycji sprowadza nas do czegoś esencjonalnego i pierwotnego. Johanes powiedział, że przed narodzinami nie wiedzieliśmy niczego, ale teraz również niczego nie wiemy. Być może dlatego tak trudno jest utrzymać umysł tu i teraz. Każdy, kto siedzi Kyol Che doświadczył, jak trudno jest to robić. Dlaczego? Przecież to jest najprostsza rzecz. Jest tak ponieważ w tym momencie nie możemy niczego uchwycić. Nasze „ja” opiera się na chwytaniu i jest naszym najsilniejszym nawykiem. Chogjam Trungpa powiedział kiedyś, że nasze ego jest jak para okularów. Gdy ktoś nosi okulary bardzo na nie uważa i o nie dba. Są najbardziej chronioną rzeczą, ponieważ ktoś, kto ich używa jest świadomy, jak bardzo są one kruche i podatne na uszkodzenie. W naszej praktyce rzucamy wyzwanie naszemu najsilniejszemu nawykowi. Siadając na poduszce musimy odłożyć nasze okulary, wszystkie wyobrażenia i punkty odniesienia, które potwierdzają nasze „ja”. Każdy ma taki punkt odniesienia: kim jestem w życiu zawodowym, kim jestem w życiu rodzinnym, co mam w garażu, co mam w szafie, jaki jest stan mojego konta, moje ambicje i plany na przyszłość, suma zysków i strat i wynikające z tego zadowolenie lub frustracja. Z tych wszystkich rzeczy składa się nasze „ja”, ale jest to kompletna fikcja. DSSNim uczy, że to wszystko jest złudzeniem i tak naprawdę nie mamy nic poza tym momentem: BUM! (uderzenie w podłogę) ale jeśli myślisz, że go masz, on już zniknął. Tego również nie możesz chwycić. Gdy znikną punkty odniesienia cały schemat „ego” po prostu rozpada się i odkrywamy pustkę. To jest prawda o naszym „ja”. Fragment pewnego wiersza DSSNima mówi: „…podążaj za chwilą, stań się niczym” Ale to trochę przerażające, dlatego czym prędzej wracamy do czegoś co znamy. Sprawdzamy siebie, sprawdzamy innych i cały ten świat budując sieć opinii na temat rzeczywistości. Pakujemy się jednak w straszną pułapkę, tracimy naturalną jedność, przestrzeń i wolność. To, co pierwotnie niepodzielone pęka na przedmiot i podmiot i to, co nam pozostaje to niekończąca się szamotanina i walka. W zen często pojawia się metafora ryby w sieci. Gdy przyglądamy się naszemu życiu odkrywamy, że jesteśmy w sieci. Jak się z niej wydostać? BUM! (uderzenie w podłogę) Ten punkt jest jedynym wyjściem. Dlatego w naszej praktyce wciąż i wciąż na nowo powracamy do tego punktu. W tym punkcie cała sieć rozpada się.
Kiedyś pewien młody mistrz zen San Szeng odwiedził starszego i bardziej doświadczonego od siebie mistrza zen Hsueh Fenga i zapytał go: „Czym się żywi ryba, która wydostała się z sieci?” Mówiąc o rybie wskazywał na siebie, ponieważ czuł się całkowicie wyzwolony. Nie dostrzegł jednak pewnego subtelnego, ale mocnego przywiązania: dumy, arogancji i przekonania o doniosłości własnego osiągnięcia. Dlatego Hsueh Feng odpowiedział: „Odpowiem ci, gdy się z tej sieci wydostaniesz” San Szeng nie ustępując kontynuował: „Jesteś nauczycielem tysiąca pięciuset ludzi, a nie rozumiesz mojego pytania” Hsueh Feng przepłynął nad tym mówiąc: „Stary mnich jest zajęty doglądaniem świątyni”. Powinniśmy więc być bardzo uważni i nieustannie wracać do umysłu początkującego. Jeśli chwytamy się idei osiągnięcia czegoś musimy natychmiast to porzucić. Jest pewien kongan, który mówi: Stojąc na szczycie stumetrowego masztu, jak możesz zrobić jeszcze jeden krok?
Nasza praktyka powinna być napełniona tym właśnie duchem. Podążaj za chwilą, stań się niczym. Niezależnie od tego, jak wysoki jest maszt, na który się wspiąłeś, zrób jeszcze jeden krok.

Kiedyś zapytano DSSNima jak kontrolować myśli w czasie siedzenia. DSSNim odpowiedział, że jeśli jesteśmy przywiązani do myślenia, praktyka i myślenie są różne, jeśli natomiast nie ma przywiązania, praktyka jest myśleniem, a myślenie jest praktyką. Chciałam zapytać, co to znaczy?

Co teraz robisz?

Siedzę na poduszce i rozmawiam z tobą.

Dobrze. To jest czyste myślenie. Czy czyste myślenie i czysty umysł są takie same, czy różnią się? Jeśli po prostu robisz, to, co robisz, to co to jest? Czysty umysł czy myślenie? Jeśli powiesz czysty umysł, uderzam cię, jeśli powiesz myślenie, również cię uderzam. Nie twórz niczego. Zwykle przeciwstawiamy sobie czysty umysł i myślenie, oceniamy swoją praktykę i mamy poczucie tracenia czasu, ponieważ wciąż doświadczamy myślenia. Jeśli jednak nie chwytamy się myśli, ale pozwolimy im swobodnie przychodzić i odchodzić, wtedy myślenie jest niemyśleniem. Myślenie jest naturalną grą energii umysłu. Wszyscy mamy karmę i gdy siadamy do medytacji wyraźnie widzimy tę grę umysłu. Nasza podstawowa świadomość uwalnia wszystko, co zostało w niej zgromadzone. Gdy próbujemy powstrzymać lub chwytać myśli, wtedy potwierdzamy ich realność i one zaczynają nas kontrolować zasłaniając nasz czysty umysł. Przywiązanie powoduje, że tracą swoją przezroczystość i nie możemy zobaczyć czystej natury umysłu. Gdy będziemy widzieć je jako puste, staną się jakby przezroczyste i nie będą przeszkadzać czystemu umysłowi. W pustce czysty umysł i myślenie są tym samym. Czyste myślenie oznacza również postrzeganie prawdy i funkcji, właściwej sytuacji, relacji i działania. Bez tego czystego myślenia nasze życie jest niemożliwe. Problemem jest neurotyczne myślenie, ponieważ ono wypacza nasze życie i zamienia je w cierpienie. Umysł staje się podzielony, tworzy czas, przestrzeń i całą tą konstrukcję zwaną „ja”. Gubimy ten moment pogrążając się w iluzji. Nasza praktyka powinna być wolna od oczekiwań i fantazji. Musimy siedzieć, jakby to była ostatnia chwila naszego życia. Jeśli za chwilę umrzesz, czym są wszystkie twoje pragnienia? Taka praktyka jest czystą praktyką, to znaczy nie dodajemy zupełnie nic do tego co jest. Już jesteśmy kompletni. Tak więc, jeśli myślisz, to tylko myśl.

Czy w zen mówi się o różnych warstwach umysłu? Słuchałem kiedyś wykładu pewnego lamy, który powiedział, że jest gadatliwy umysł, spokojny umysł, obserwujący umysł. Zauważyłem, że obserwator jest przed myśleniem, jest tu i teraz.

Nie wgłębiaj się za mocno w taką analizę. To może wpędzić cię w pomieszanie. Są pewne buddyjskie systemy filozofii i psychologii, takie jak jogaczara. W tej nauce mówi się o ośmiu czy nawet dziewięciu świadomościach. Mamy pięć świadomości zmysłowych, i szóstą świadomość, która tworzy pojęcie. Np. gdy patrzysz na niebo nie mówi ono: „jestem niebo”. Masz bezpośrednie doświadczenie: „tylko niebieskie”, ale świadomość konceptualizująca nakleja na to naklejkę: „to jest niebo”. Wszystkie dane z pięciu świadomości zmysłowych opatrzone są naklejkami z odpowiednią nazwą. Następnie mamy siódmą świadomość – świadomość rozróżniającą, dyskryminującą, lubię – nie lubię, dobro – zło, przyjemne – bolesne itd. Ta świadomość tworzy całe ciągi myślowe i różne konfiguracje używając materiału wytworzonego przez szóstą świadomość. Wspólnie z nią tworzą całe złudzenie i są główną siedzibą ego. Siódma świadomość opiera się na ósmej świadomości zwanej alaja widżnianą, magazynem nasion. Tak więc sposób w jaki siódma świadomość interpretuje dane płynące z pięciu zmysłów i szóstej świadomości określany jest przez przeszłe doświadczenie zapisane w ósmej świadomości. Mówimy, że jest ona nasycona zapachem. W związku z tym wszystkie bieżące doświadczenia również napiętnowane są tym zapachem – karmą. To zniekształca czystość naszego postrzegania. Nie postrzegamy rzeczy takimi, jakie są, ale rzutujemy na nie zapach naszych wcześniejszych doświadczeń. Gdy na przykład spotykam kogoś, z kim miałem kiedyś złe doświadczenie, natychmiast pojawiają się emocje i uprzedzenia. Być może ta osoba zmieniła się, pozbyła się negatywności i jest zupełnie czysta, ale moje doświadczenie z przeszłości jest tak dominujące, że nie potrafię się otworzyć, aby to zobaczyć. To jest karma – silna tendencja. To samo dotyczy nałogów i innych skłonności. Przez świadomość dyskryminującą przepływają w obydwu kierunkach strumienie przeszłych i bieżących doświadczeń. Gdy praktykujemy zen świadomość nieustannie wszystko nazywająca, tworząca naklejki milknie, a świadomość dyskryminująca umiera z głodu. Ich pakt rozpada się. Praktyka budzi naszą dziewiątą świadomość. Jest to nasza czysta, prawdziwa natura, dharmakaja lub jak się mówi w Korei, czysta, biała natura. Kiedy budzimy się do niej, wtedy wszystkie świadomości zostają uzdrowione i przekształcone w poczwórną mądrość: mądrość zwierciadła, równości, subtelnej obserwacji i spontanicznego działania. To jest nauka jogaczary, która została zasymilowana przez zen. Jednak gdy praktykujesz, nie myśl o tym wszystkim. Czasem potrzebujemy mapy, ale musimy pamiętać, że studiowanie mapy nie jest tym samym, co podróżowanie. Trzymanie tych rzeczy w umyśle może zaszkodzić spontanicznej praktyce.

Mówi się często: mocna Dharma, mocny demon. Gdy po pewnym czasie praktyki wydaje nam się, że uporaliśmy się ze wszystkimi przeszkodami, nagle coś znowu się pojawia. Chcielibyśmy żeby one gdzieś wyparowały, zniknęły na zawsze. Jak sobie z tym radzić?

W regułach świątyni jest powiedziane: twoja karma jest jak wielka góra. Ale nikt nie powiedział, jak wielka, może są to Tatry, a może Himalaje. Dlatego mówimy: próbuj i próbuj przez 10 000 lat, ale to nie znaczy tylko 10 000 lat. To znaczy porzuć jakiekolwiek liczenie i powróć do próbującego umysłu. Ten umysł jest już wolny. Wtedy możemy nie tylko uwolnić się, ale pomóc temu demonowi. We wskazówkach mistrza zen Kjong Ho znajdujemy radę: „Nie oczekuj, że twoja praktyka będzie wolna od przeszkód. Umysł praktyki, jeśli unika przeszkód, z łatwością może się wypalić. Ostatecznie przez mocną praktykę pomóż każdemu demonowi”. Budda, który jest przykładem dla wszystkich, właśnie tej nocy poprzedzającej jego wielkie przebudzenie doznał największych wątpliwości. Można powiedzieć: urodził się obdarzony wielkim potencjałem, później praktykował głęboko przez wiele lat, powinien więc być całkowicie wolny od jakichkolwiek wątpliwości. Ale właśnie tuż przed postawieniem ostatniego kroku pojawił się Mara z dwunastoma córkami, próbując z całych sił go powstrzymać.

Im dalej w las, tym więcej drzew.

Tak więc praktyka zen oznacza, że musisz polubić mieszkanie w lesie i nagle odkryć: O, te wszystkie drzewa są moimi przyjaciółmi. W zen odrzucamy zwykłe kategorie dobra i zła oparte na lubię – nie lubię, dlatego wszystko staje się naszym nauczycielem. Im większa przeszkoda, tym większy nauczyciel. Życzę wam i sobie, abyśmy korzystali nieustannie z nauczania zawartego w każdej chwili naszego życia, gdyż jest ono zbyt krótkie, ulotne i zarazem cenne, aby tracić je na narzekanie i złudne fantazje na temat tego, jakie powinno być. Gdy mamy nieporuszoną wiarę w Buddę, który jest bliżej niż czubek naszego nosa, wszystko jest pustką, wszystko jest prawdą, wszystko jest funkcją. Tylko wtedy możemy pomagać temu cierpiącemu światu.

Główna Świątynia Do Am Sah

Previous Older Entries